Najbardziej elegancka kawiarnia Nowej Huty - słynna "Stylowa" - wiele zawdzięcza kobietom. Pracowały tu najlepsze kucharki, najzręczniejsze kelnerki, najpiękniejsze bufetowe, a przez trudny czas transformacji lokal przeprowadziły dwie kierowniczki. Z okazji Miesiąca Krakowianek poprosiliśmy Leonę Michałek, właścicielkę "Stylowej", żeby podzieliła się z nami wspomnieniami o smakach, zapachach i pracy w tej kultowej kawiarni.
Transkrypcja nagrania:
Leona Michałek
Pierwszy raz kiedy zobaczyłam „Stylową”, to znaczy ja ją widziałam wcześniej, ale
kiedy przekroczyłam próg „Stylowej” to był rok 84, 1984, 4 grudzień. To był jeden z najlepszych lokali w Nowej Hucie. Wieczorami i do południa były wszystkie stoły, krzesła zajęte. Wiedziałam, że się trzeba bardzo starać, żeby tam zostać, bo to był lokal, który wymagał jakiegoś prestiżu od pracowników i żeby stanąć na wysokości zadania, to trzeba było popracować nad tym.
Katarzyna Kobylarczyk
Nowohucka kawiarnia „Stylowa” zawsze była bardzo kobiecym miejscem. Pracowały tu najpiękniejsze kelnerki i bufetowe Nowej Huty. Gotowały najzręczniejsze kucharki. A przez trudny czas transformacji i rodzącej się gospodarki rynkowej, lokal przeprowadziły dwie
właścicielki. Nieżyjąca już Stanisława Olchawa oraz Leona Michałek. Z okazji Miesiąca Krakowianek w ramach naszego cyklu „Nowohucianki” poprosiłyśmy panią Leonę Michałek, żeby podzieliła się z nami wspomnieniami o smakach, kolorach, gościach i pracy w „Stylowej”. Nowohuckie Archiwum Społeczne Ośrodka Kultury Norwida i ja Katarzyna Kobylarczyk, zapraszamy państwa na podcast „Dziewczyny ze Stylowej”.
Leona Michałek
Ja w ogóle pochodzę od Leżajska. Przyjechałam do Krakowa, mieszkałam na Wrocławskiej.
Chciano, żebym skończyła szkołę pielęgniarską. Jak mogłam szkołę pielęgniarską kończyć? Jak ja się do dzisiaj boję zastrzyków [śmiech]. To było silniejsze ode mnie. Jest silniejsze. Natomiast mi się podobało, jak nieraz chodziłam do barów czy gdzieś. Podobała mi się gastronomia i tak cały czas w mojej głowie świtało, żeby być, pracować w gastronomii.
Koleżanka mi mówi, z którą żeśmy blisko mieszkały na Wrocławskiej, ona mi mówi: „Lonia, słuchaj, w Hucie potrzebują do pracy, na pomoc bufetu, to czy byś nie przyszła?" Ja mówię: „Przyjdę". Przyjechałam tu do Huty. Bardzo mi się spodobało - te szerokie ulice, ta zieleń, ta przestrzeń taka. Ja mówię: „No fajnie, no spróbuję”. Dostałam skierowanie z kadr, aby się zgłosić na bufetową do „Stylowej”. No pierwsze to było takie zawahanie, czy sobie dam radę.
Poszłam wcześniej chyba dzień, zobaczyłam, warto spróbować. Jak nie spróbujemy, to nie będziemy pewni, czy damy radę.
Katarzyna Kobylarczyk
„Stylowa” była pierwszą naprawdę ekskluzywną kawiarnią Nowej Huty. Uroczyście otwarto ją 22 lipca 1956 roku, w nieotynkowanym jeszcze budynku przy Alei Planu 6-letniego 5, czyli dzisiejszej Alei Róż.
Leona Michałek
Ja najpierw przyszłam do „Stylowej” jako bufetowa i pracowałam za bufetem. Wtedy było od godziny, myśmy przychodziły do pracy na godzinę 7:00, a rozpoczynało się pracę od godziny 8:00. Salę otworzyć, powitać nowych gości codziennie. A przychodziło dużo gości, jedni i ci sami rano byli jako pierwsi goście. Przychodzili na kawę, przychodzili na pieczarki z patelni, bo były tak w kawiarni.
No jak weszłam już przebrałam się, bo jednolity ubiór był. To były długie sukienki do ziemi, wąskie długie sukienki. Musiała być opaska na włosach wpięta. Siateczki tak samo. No i ruszamy do pracy pod nadzorem. Oczywiście kierowniczka nadzorowała, czy było wszystko zgodnie.
Rano trzeba było uzupełnić witrynę z galaretkami owocowymi, bo takie tam były, koktajle się robiło owocowe, bita śmietana, lody, lody cassate, które były niezapomniane bardzo długo. Wszystko trzeba było przygotować. No i co było? Myśmy tylko nalewały alkohol, robiłyśmy kawę, herbatę, robiłyśmy galaretki, było bardzo dużo ciastek, a takim jednym podstawowym to był tort Marcello. Tak, to była pracownia cukiernicza na [osiedlu] Zielonym. Stamtąd nam przywożono.
Nie było w tym czasie w „Stylowej”, nie było wódki czystej. W kawiarni piło się tylko piwo butelkowe w małych ilościach. A tak to tylko były koniaki, winiaki, likiery. No i takie.
Czego żeśmy, nie było dań mięsnych. Jedynie było salami i kurczak z rożna. Tylko te dwa takie mięsne dania były. No więc i jajecznica. Jajecznica miała być na pieczarkach albo typowa na maśle.
Katarzyna Kobylarczyk
„Stylowa” od samego początku była miejscem, gdzie umawiano się na randki, uczono picia kawy, a także tańczono. W pierwszych latach dancingi organizowano tu niemal codziennie. W 1960 roku ograniczono te ekscesy do sobót i niedziel. Ogromnej przemianie uległa atmosfera lokalu. Pisał wówczas „Głos Nowej Huty”: „Miejsce rozbisurmanionej młodzieży, ubogich kochanków - jak ich ironicznie nazywano - zajęło kulturalne towarzystwo, nie tyle może starsze, ile bardziej zrównoważone. Nie szukające w kawiarni niezdrowych uciech i niezwykłych przygód, a jedynie miłego wypoczynku przy czarnej kawie, dobrej kolacji, rozmowie ze znajomymi i przyjaciółmi. Zmiany te są wyraźnym dowodem - grzmiała prasa - tego, że zakład gastronomiczny może z powodzeniem spełniać rolę wychowawcy.”
Leona Michałek
Pamiętam wesela w „Stylowej” się odbywały. Fajnie było, grali do rana. Atak to na przykład były Sylwestry, Andrzejki. Bardzo miło wspominam, kiedy panie z Teatru Ludowego poprzychodziły i robiły z naszymi gośćmi jakieś tam wróżby, przelewali wosk, ustawiały panie buty, nie wiem, coś im tam z tego. Także były takie fajne rzeczy.
[westchnienie] Dużo przychodziło profesorów ze szkół, które tam były. Przychodzili lekarze, spotykali się, taka nowohucka śmietanka. No i oczywiście nasi hutnicy. Bardzo, bardzo dużo. Tym bardziej już jak było po wypłacie, nie? I wtedy panowie nie dostawali na jakieś konta tylko do kieszeni, więc to później sobie wynagradzali ten miesięczny trud.
Katarzyna Kobylarczyk
Czyli hutnicy też potrafili się bawić.
Leona Michałek
Oczywiście, bardzo! Na przykład jak brali pieniądze, to było czasami ciekawe. Ja pracowałam w barze piwnym. Gdzie przedtem to te szklanki takie ciężkie były, nalewało się i tylko nie było szkła cienkiego. Tylko to grube, więc kolejki się tworzyły niesamowite do tego. A żeby któryś chciał dostać piwo poza kolejką, to jak tego, to myśmy wracały nieraz z czekoladami do domu. A jak był Dzień Kobiet, to mogę powiedzieć z całą szczerością, kwiatami byłyśmy zasypywane na ten dzień. I były czekolady, i kwiatki. I nawet nieraz sobie panowie żarty robili, to i rajtki nam przynieśli. Także fajnie było, fajnie, jest co powspominać, teraz nie ma.
Na jednej zmianie było pięciu kelnerów. Był tak jak mówiłam, był ruch duży. Byli konsumenci też wymagający. Ale po prostu… jakby to powiedzieć, no każdy kelner musiał chwilę poświęcić. Bo tak barman za bufetem, jak kelner przy stoliku, to my jesteśmy takimi „jak ksiądz w konfesjonale”. Przychodzą różni ludzie. Jeden przychodzi uśmiechnięty, drugi przychodzi jakiś tam zasmucony. I żeby zjadł obiad, to kelner najpierw musiał wysłuchać co go boli, dlaczego on przyszedł. Tak samo jak i barman - podchodzący konsument do bufetu, czasami chce się wyżalić. Tak, że tych historii człowiek się nasłuchał bardzo dużo, ale trzeba było zamknąć, bo to było między personelem a konsumentem.
Katarzyna Kobylarczyk
„Stylowa” była lokalem kategorii S i nie tylko klientów obowiązywał tu elegancki
strój. Do historii przeszły także szyte na miarę, specjalnie zamawiane stroje kelnerek i bufetowych. Początkowo w latach sześćdziesiątych obowiązywały je długie taftowe suknie za kolano, w kolorze fioletu ze złotem. Kelnerki nosiły też długie kołnierzyki spięte srebrnymi spinkami z numerem. Jedynkę nosiła wtedy Mila Kudasiewicz, pierwsza kelnerka „Stylowej”, dwójkę piękna Helena Pietrzykowska. W latach osiemdziesiątych, kiedy do „Stylowej” przyszła Leona Michałek, ubiór pracowniczek także musiał być - nomen omen - stylowy.
Leona Michałek
No wymagające było, ale było eleganckie, bo jak panie chodziły, to w tych eleganckich sukniach. Do tego musiała mieć wypustki takie, jak to dawniej nosiło się. Chusteczka wykrochmalona, robiona na szydełku, i na lewej stronie była wypustka taka. To był chyba,
spółdzielnia zakupywała materiał i dawało się pani. Brała od każdej miarę, na miarę to było szyte. I miałyśmy do tego malutkie fartuszki też. Fartuszek taki biały musiał być wykrochmalony. Wkoło była robiona na szydełku koronka. To był ubiór w „Stylowej” personelu. Później żeśmy znowu z tych długich sukien - które się przecież niszczyły też, bo ciągle trzeba było mieć czyściutkie, wyprane - zastąpiłyśmy to: biała bluzka i długa spódnica. Spódnice były w takim kolorze: miałyśmy albo bordowe już, bardzo ładne bordo, albo taka śliwka. Biała bluzka obowiązkowo musiała być, taki rękawek do łokcia, żeby nie był krótki, roznegliżowane. Nie mogło tak być.
Obrusy musiały być. Nie takie jak teraz są, takie, które są łatwo się prasuje. Obrus musiał być wysztywniony, wykrochmalony, z magla. Jak się robiło kantki, to kierownik szedł i patrzył, czy dwa są. Nie mogło tam milimetra wystawać. Koło tego stołu się chodziło nieraz dziesięć razy w koło. No, ale na tym kunszt nasz polegał. I to co zostało to w człowieku, to wymaga się od innych.
Katarzyna Kobylarczyk
Wiele emocji budził również wystrój „Stylowej”. Na przełomie 1966 i 1967 roku lokal przeszedł pierwszy duży remont. Przeniesiono wówczas bar kawowy, a w miejscu bufetu przy drzwiach zainstalowano szatnię. „Stylowa” miała wówczas podest dla orkiestry i parkiet do tańca. Wnętrze to projektował Andrzej Kurkiewicz, absolwent krakowskiej ASP [skrót od Akademii Sztuk Pięknych].
Leona Michałek
Kiedy ja przyszłam, to był to lokal na zielono wymalowany. Były takie obrazy, jakby na deskach malowane pawie zielone. Filary, które do dzisiaj stoją, to są trzy. Były obite, wyklejone… wyklejone suknem i na podłodze było tak samo, była wykładzina. Było to już w tym okresie, kiedy ja przyszłam. To już było trochę zniszczone i takie, bo się przy tym wszystkim jeszcze dużo paliło. To był lokal, w którym się paliło, więc było przesiąknięte tą nikotyną. W niedługim czasie jak ja tam pracowałam, spółdzielnia nasza „Społemowska” zrobiła remont. I wtedy pościągali te sukna z tych słupów, zlikwidowali wykładzinę. Powstał kolor wtedy bordowy.
Katarzyna Kobylarczyk
28 kwietnia 1973 roku, tuż przed wejściem do „Stylowej” stanął sześcio i pół metrowy pomnik Włodzimierza Lenina, dłuta Mariana Koniecznego. Nowohucki Lenin był nie tylko największy w Polsce, miał też niezwykłą postawę. Wyglądał mianowicie jakby szedł. W Nowej Hucie szybko przyjęło się mówić, że Lenin wyszedł ze „Stylowej” i zmierza do „Arkadii”, ekskluzywnej restauracji, znajdującej się po drugiej stronie Alei Róż. Niesforni klienci „Stylowej” często robili sobie z niego żarty, zamawiali kotlet i prosili kelnera, żeby zaniósł go wodzowi rewolucji. Pani Leona nie pamięta aktu odsłonięcia pomnika, za to bardzo dobrze pamięta pożegnanie z nim.
Leona Michałek
Jak go ściągali, to to już widziałam. Powiesili go na takich linach, bo to był ciężar, niesamowita przecież masa. I na trzy strony kiwali nim, tak jakby się noo… żegnał.
Tak. To było takie pożegnanie jego fajne. My mamy miniaturkę jego. Mamy dwa. Jeden jest taki jak ten, co stał, a drugi jest taki podobny. Ja byłam w Bułgarii i widziałam tam dwa jedyne egzemplarze i zakupiłam.
Katarzyna Kobylarczyk
Pożegnanie z Leninem oznaczało też większe zmiany, zarówno dla całej Nowej Huty, jak i dla kawiarni „Stylowa”.
Leona Michałek
No i tak trwałam w tym wszystkim aż do momentu, kiedy przyszedł rok 1991.
Wtedy przyszły te przetargi, bo „Społem” oddawało lokale, wszystko prywatyzowało
się. I nas też zapytano, czy ten lokal weźmiemy, czy trzeba kogoś szukać. Ponieważ byłyśmy już pracownikami, pracownicami, duży staż żeśmy miały, więc jak najbardziej poszły nam na rękę i wzięłyśmy we dwie. Tak, to było takie być albo nie być. Dam radę czy nie dam rady. Pochłaniało to bardzo dużo czasu. Same te kalkulacje, robienie tego. A niejedną noc spędziłam w „Stylowej”, gdzie rano to trzeba było oczy podpierać zapałkami, bo nie byłam ani na pięć minut w domu. Tylko musiałam te kalkulacje przygotowywać. Ale byłam dumna z siebie, jak cokolwiek zrobiłam, a później konfrontowałam z innymi, żeby mi sprawdzili, czy to dobrze robię. I jeśli się okazało, że fajnie, to byłam naprawdę dumna z siebie. Tak jak w jakimś okresie miałam kontrol ZUS-u [skrót od Zakład Ubezpieczeń Społecznych], a sama prowadziłam tą biurokrację, ZUS-y. Przyszedł pan mnie skontrolować i kontrolował mnie z trzech lat. I miałam tam jedną taką, no źle wpisałam, pomyliłam rubryki, więc byłam tak dumna z siebie, że opłacało się.
Katarzyna Kobylarczyk
W 1991 roku „Stylowa” zmieniła się z kawiarni w restaurację, a to przyniosło także dość niespodziewane zmiany.
Leona Michałek
Już jak była ta restauracja, no to było kiszenie kapusty. Gdzie było tyle zawsze… One mi nie dawały [spokoju] już w październiku, pracownice, żeby nie [zapytać] no kiedy będziemy tą kapustę kisić? No kiedy? Zakładało się, kupowało się główki, jeździłam jeszcze na Rybitwy w tamtym czasie, przywoziło się. A trzeba było takimi tymi rękami to wszystko szatkować, marchewkę. I przy tym różne i kawały, i śpiewały dziewczyny, i cuda wyprawiały. Tak, że jest co powspominać.
Nogami się ubija kapustę. Tak. Tylko że nie, no kiedyś to ubijali gołymi nogami.
Dzisiaj się do tego kupuje się buty. Buty gumowe, które są tylko raz w roku używane. Bo już jak wchodzi dana osoba do tej beczki, no to nie może być [śmiech] z nogami, tylko ma buty specjalne. Teraz się kupuje takie do kiszenia kapusty i tym się depcze.
Wspaniałych ludzi [miałam], naprawdę. W pracy miałyśmy młodych i starszych, i różnych. To znaczy ja, jeśli mogę powspominać takie moje, które już nie pracują ze mną pracownice… Dwie panie, kucharki, które na kuchni pracowały - Józefa Nowak i Izabela Maciaszek. To były takie [osoby], że ja mogłam w domu spać spokojnie, czy mogłam chorować, czy mogłam nawet gdzieś wyjechać, wszystko było zrobione na czas. One taką miały między sobą komunikację. One wiedziały co trzeba robić, kiedy. One nawet mnie nie wtajemniczały. Jak było więcej pracy, to jedna do drugiej mówi: „Ja ci przyjdę, pomogę". Tak, że nie liczyły na jakieś zyski. Ja tam później trochę honorowałam takie [ustalenia]. Ale jak widziałam, to jedna do drugiej powiedziała: „Nie, ja przyjdę, pomogę jej". Więc te czasy bardzo miło wspominam. Bardzo.
No i przy dobrych takich kontaktach ludzkich przetrwałyśmy do dzisiejszego dnia.
Jaka przyszłość przed „Stylową”? No, przyszłość zawsze jest niewiadoma, co będzie dalej. Jak nie wykończą tymi czynszami, które się tak strasznie podnoszą, to będziemy trwać już. Może ja przekażę pałeczkę dalej. Będę jedynie pomagała, nadzorowała tam czy jakąś doradą służyła, bo już chyba mój czas, też jak i „Stylowej” się kończy.
Ja to już przekazuję córce, żeby jak najdłużej trwała. Co będzie dalej, to już nie w moich rękach, nie w mojej mocy.
Katarzyna Kobylarczyk
Wysłuchali Państwo podcastu „Dziewczyny ze Stylowej”, który ukazał się w serii „Nowohucianki” realizowanej przez Nowohuckie Archiwum Społeczne Ośrodka Kultury Norwida, w ramach wydarzenia Miesiąc Krakowianek. Wspomnień Leony Michałek, właścicielki kawiarni „Stylowa”, wysłuchała Katarzyna Kobylarczyk.
Współpracę redakcyjną i field recording zawdzięczamy Barbarze Pasterak.
























